Lackowa, czyli najfajniejsza wspinaczka w Niskim

„I schodziłem na ziemię za kwestą - przez Lackową”

7.33. Wędrujemy na ulubiony szczyt Mikołaja w Beskidzie Niskim, na Lackową, oczywiście od strony Przełęczy Beskid, inaczej nie byłoby zabawy!

Słońce rysuje wzory na łąkach, każda roślina gra feerią świateł, odbijających się w kroplach rosy. Pajęczyny w porannym słońcu – jak koronkowe dzieła sztuki.

– Mamo, czy masz w planach sfotografowanie każdej pajęczyny na tej łące? Bo jeśli tak, to należało wyjść wczoraj – komentuje Miko i szuka szlaku.

– Kiedy ta grań wreszcie? Pokaż profil! – dziecko pochyla się nad mapą. – Tu schodzimy, a potem skałki i prawie już? Dobrze pamiętam? A opowiesz mi, jak ty pierwszy raz wchodziłaś na Lackową?

– To była bardzo fajna wyprawa. Słyszałam, że podejście może być męczące, niektórzy mówili nawet „ściana płaczu”. Ale wędrowałam wtedy z przyjaciółmi...

Opowieść płynie, szlak pod nogami umyka.


Jest grań, jest wspinaczka. Lackowa to zdecydowanie „moja bajka”. Nie tylko z powodu piosenek Bukowiny, tyle razy śpiewanych przy ognisku po świt. Podejście na najwyższy szczyt w Beskidzie Niskim od strony Dzielca i Przełęczy Beskid jest – wyjątkowe. Zachęcające do używania wszystkich czterech kończyn (oraz głowy), zarówno przy wchodzeniu, jak i schodzeniu.

Mówimy wszak o Beskidzie Niskim. Magicznym, pełnym szumiących buków, krasnoludków wypoczywających pod każdym przedziwnie zakręconym pniem i leśnych wróżek, śmiejących się dźwięcznie na każdym zakręcie drogi. Jest magicznie, wyjątkowo i czarodziejsko (dla zainteresowanych – więcej wiadomości na ten temat w książce Nauka to wędrówka. Edukacja domowa na szlaku). A tymczasem pora się wspinać, używając chwilami wszystkich czterech kończyn. Witamy na szczycie!

Równie ciekawe, co wejście, jest schodzenie z Lackowej tym samym szlakiem.

Oj, mamo, co w tym trudnego: wchodzisz na czworakach, chwytając się korzeni buków i schodzisz na czworakach, ewentualnie suniesz płynnie od drzewa do drzewa, jak to na Lackowej – zbagatelizował wspinaczkowe wysiłki Mikołaj. Ostatnio było mniej zielono, bardziej szumiało pod nogami...

– Bo to jesień była, buczyną była pachnąca – mruczę. – Preferuję wchodzenie, tak miło się nabiera wysokości. – ripostuję.

– A ja schodzenie. Przy podejściu boli mnie noga, a schodząc to tylko głowy musisz pilnować, żeby być skoncentrowanym i uważnie stawiać kroki. I zobacz, ilu turystów było na szczycie! Zaburzyło ci rachunki, co? Osiem osób!

Powoli tupiemy w kierunku Dzielca i Mochnaczki Niżnej. Wokół nas szumią buki, szlak kluczy, zawija, słońce rysuje kleksy na pniach.

Wyjątkowy rodzaj zmęczenia: kiedy bolą nogi, ale w głowie jest jasno i przejrzyście. To był dobry szlak, to był dobry dzień, to fajne rozmowy i radość ze wspólnego wędrowania. Dobrze mi na świecie.

– Mamo – puentuje Mikołaj tuż przy zejściu ze szlaku – a pamiętasz tę panią, co wchodząc na

Lackową narzekała, że Tatry są łatwiejsze do wspinania? Bo tam są łańcuchy do trzymania!


l2jpg

l01jpg

l0jpg

l1jpg


l3jpg