Jezioro Białe, hamak, namiot i dużo słońca...

 Środa, dochodzi północ. Szum, coraz głośniejszy. Wychodzę na balkon. Ściana deszczu.

 A w przedpokoju schludnie przygotowany zestaw weekendowy: namiot, karimaty, śpiwory, kuchenka na naboje i kawiarka (czyż jest wiele rzeczy piękniejszych, niż aromat świeżo zaparzonej kawy o poranku przed namiotem z widokiem na … góry, jezioro, świat…?).

 – To co drużyno, jedziemy jutro nad jezioro? – pyta mąż. W tym celu obudził (sic!) także Mikołaja, żeby młodszemu synowi pokazać strugi deszczu zalewające balkon i okolice.

 – Ja bym tam rozważył celowość wypadu nad jeziora w taką aurę – wyraził niechęć do wyjazdu Nastolatek. – Ale jak tam sobie w sumie chcecie, ja i tak będę narzekał! – podsumował z uśmiechem i zniknął w swoim pokoju.

 – Jak mnie pytacie, to jedziemy! – ziewnął Mikołaj i wrócił spać.


 Czwartkowy poranek.

 – Mikołaj, jedziemy? Nie pada! – ponownie spytał tata.

 Dziecko, przyzwyczajone do wyjazdów, w dwie minuty (literalnie) zlokalizował się wraz z butami i czapką przy drzwiach.

 – Już?! A zęby?!

 – Spakowałem szczoteczkę! Na dnie torby jest! – zdecydowanie odpowiedział synek i powrócił do sznurowania butów.

 – Dziecko, nie tak szybko, chwila – ziewnęłam głęboko – Trzeba jeszcze obudzić Kubę i zrobić kawę, może być na wynos…

 – To niech tata budzi Kubę, ty się ogarnij, a ja zrobię ci kawę, żebyście się nie rozmyślili, gdyby znowu zaczął padać deszcz!


  Dwie godziny później wjeżdżamy na znane nam pole namiotowe. Warunki sanitarne – siermiężne, właściciele za to bardzo serdeczni, a towarzystwo pod drzewami – znane z poprzednich wypadów. Będzie dobrze!

 – Jezioro!!! Biegniemy! Dzień dobry! – rzucił Mikołaj w przelocie i pognał przywitać się z wodą. Ja się witałam z drzewami i znajomymi.

 Słońce nad nami, chmurki leniwie przepływają po niebie, najpierw namiot i kawa czy kąpiel? Oto jest pytanie… jak ja lubię takie szekspirowskie dylematy.

 Z Kubą sprawnie rozbijamy obozowisko. Sprawdzamy wodę.

 – Mokra!


 Od ubiegłego sezonu przybył nowy rower wodny – ze zjeżdżalnią. Jak łatwo przewidzieć, Mikołaj zapragnął wskakiwać do jeziora „w różnych środkach wody”. Wypożyczamy intensywnie zielony sprzęt, błyszczący w słońcu jak radosna żaba i ruszamy zwiedzać jezioro. Miko strategicznie co chwila chlupie ze zjeżdżalni.

 – Ej, tylko mi tutaj nie odpływajcie do tyłu! – grzmi na ojca. – Jak ja mam tutaj wleźć, jak się kręcicie?! Kuba, wskakujesz ze mną?

 – Podziękuję…


 Domek Muminków nad jeziorem. Niebieski, z okienkami i białymi schodkami. Ktoś wybudował dla swoich dzieci. Pięknie pasuje do okolicy.

 – W takim domku świetnie by się usypiało! A ranem prosto na pomost i do jeziora… – rozmarzył się Mikołaj.


 Zachody słońca. Piękne, aż do bólu serca. Para kaczek, płynąca zgodnie na środek jeziora. Łódka z pagajami. Plusk, szum, rechot i świergot.

 – A widziałaś, mamo, te łabędzie? Cała rodzina!


 Ryby przemykające pod nogami – to nadal jedno z najbardziej czystych jezior w Polsce. Łabędzie, które pole namiotowe uznały za swoje i przypływają regularnie na karmienie.

 – Potrafią pod przyczepę przywędrować, jeśli śniadania nie dostaną – opowiada właściciel.


 Mikołaj rozwiesza z pomocą taty podstawowy sprzęt kempingowy: kolorowy hamak, w którym tak fajnie się czyta książki. Albo patrzy się na korony drzew i błękitne niebo. Albo woła się:

 – Mamo, pokołyszesz mnie? Tak mocno! A będziemy smażyć kiełbasę dzisiaj na ognisku? A dlaczego jeszcze nie skakałaś z pomostu? Skoczysz ze mną zaraz? A przepłyniemy na drugą stronę jeziora?


 – Ewcia, masz ochotę na kawę? Właśnie robię – uśmiechnięta Aneta wychyla się ze swojej przepięknej, nowej przyczepy – Tylko będzie miód zamiast cukru, może być?

 – Mamy cukier w namiocie! Przynieść? – Mikołaj wynurza się z hamaka, wskazującym palcem, jak uniwersalną zakładką, przytrzymując czytaną stronę trzeciego tomu Eragorna.

 Kuba wraca znad jeziora:

 – Moja hydrofobowość została naruszona – informuje, rozpryskując wokół siebie wodę.

 Wybucham szczęśliwym śmiechem.

 – A Mikołaj gdzie? – pyta Aneta, podchodząc z dwoma kubkami wspaniale pachnącej kawy. – Pobiegł do jeziora, przecież już z pół godziny się nie spławiał w wodzie. – opowiadam, z wdzięcznością przyjmując kubek.

 Przez liście przemykają promienie słońca, malując na polanie ulotne obrazy lata i radości.

A1jpg

A2jpg

A3jpg

A5jpgA5ajpgA6jpg

A7jpg